29 / 04 / 13

A co jeśli pozbawimy ideału jego idealności? Czyli dlaczego kobiety się malują.

Udostępnij

Moja pierwsza Barbie trafiła do mnie kiedy miałam jakieś 7 lat, przyniósł mi ją święty Mikołaj, a moja radość wtedy przekroczyła wtedy lvl milion. Wzór idealnego życia dla takiej dziewczynki jaką byłam ja to różowe cabrio, domek z szafą pełną ubranek i Ken u boku. Wiele z nas w czasach przedszkolnych i podstawówkowych chciało być tak pięknymi jak blondwłose, długonogie Barbie.
Na przestrzeni czasu lalka ta znacznie się zmieniła, jej biust jest bardziej pokaźny a plastikowa talia jeszcze węższa niż kiedyś.

Dziś przy porannej herbacie, przeglądając tumblera natrafiłam na zdjęcia autorstwa Nickolaya Lamma. Przedstawiają one lalkę Barbie, pozbawioną wyzywającego makijażu, który nadany jest jej fabrycznie. I to właśnie to one skłoniły mnie do zadania sobie pytania: ej, dlaczego właściwie  my się malujemy?

 

 

 

Znam wiele kobiet które się nie stosują makijażu na co dzień, powody tego są różne: a to brak czasu, a to zwyczajne lenistwo, niektóre nie mają nawet takiej potrzeby, bo są naturalnie tak piękne, że nie ma to najmniejszego sensu. Ale za to, z ręką na sercu nie znam kobiety, która chociaż raz tego nie próbowała. Kiedy byłam dzieciakiem, moja mama nie miała zbyt dużo kosmetyków, (szczerze myślę, że ja teraz w wieku 19 lat mam tego wszystkiego więcej niż moja mam przez cale swoje dotychczasowe życie) tak samo jak starsze siostry. Ale ich kosmetyczki to był dla mnie istny raj na ziemi. Potrafiłam godzinami siedzieć, przeglądać to wszystko z wielkim podziwem. Teraz widząc powyższe zdjęcia zastanawiam się, czy moja fascynacja tym wszystkim nie była spowodowaną tą nagonką do bycia idealnym od najmłodszych lat. W podstawówce za zaoszczędzone pieniądze kupowałam sobie całuśnie błyszczyki, albo używałam tych dołączonych do Bravo Girl #wstydliwewyznania, później zaczęło się gimnazjum, w którym za jakikolwiek makijaż dostawało się ujemne punkty z zachowania. Do tej pory pamiętam panią Gosie, która na chemii patrzyła uważnie na dziewczyn i kazała zmywać tusz do rzęs, po czym wpisywała uwagi do dziennika, więc pokusa była jeszcze większa by sięgać po kolorówkę.

Teraz moja pseudo toaletka na biurku za mną, jest zapełniona wszystkim co tylko sobie zażyczę (no może bez przesady, bo aż takiego budżetu nie mam, ale na braki narzekać nie mogę).

A ja… Ja w makijażu jestem pewniejsza siebie. Wiem, że nie odstraszam wszystkich swoim wyglądem, szarą cerą i sińcami pod oczami, które wyglądają jakbym nie spała przez tydzień. Dodatkowo presja społeczeństwa, nawet ta z czasów owej Barbie. Dziewczyna/kobieta która w dzisiejszych czasach się nie maluje jest swego rodzaju fenomenem. No i w sumie ostatnia ale nie najmniej ważna kwestia: faceci. Wiadomo, że estetyka wyglądu wybranki jest dla nich ważna. Przecież o ile fajniej będzie pochwalić się przed kumplami, że jest się z chodzącą seksbombą niż szarą myszką z pryszczatym czołem. Może trochę mnie poniosło, ale makijaż nie jest niczym trwałym i o tym trzeba pamiętać.
Taka sytuacja: poznajesz na imprezie dziewczynę, z pięknym smokey eye, idealnie wykonturowaną twarzą i zakrytymi wszelkimi niedoskonałościami. Płynie dużo alkoholu, bywa. Lądujcie w łóżku. Budzisz się po upojnej nocy, przekręcasz się na drugi bok i waaait… gdzie moja hollywoodzka piękność? Zdaje się że odpłynęła razem z wodą pod prysznicem i płynem do demakijażu.

Dlatego, kiedy twoja dziewczyna nie nosi makijażu nie wymuszaj na niej tego, praw jej komplementy że bez „tapety” też jest piękną kobietą (no chyba, że nie jest, wtedy nie mów bo się przyzwyczai, przestanie czegokolwiek używać a odkręcenie tych słów to już będzie lekki problem).
Więc droga piękniejsza części społeczeństwa, makijaż jest chyba wpisany w nasze geny, więc dlaczego mamy go sobie odmawiać? Stawianie na naturalność też jest jak najbardziej okej. Ważne tylko, żeby nie przeginać ani w jedną ani w drugą stronę. 

Udostępnij

Skomentuj wpis