21 / 04 / 13

Na szafarkę się nie nadaję, ale lubię ładne rzeczy – nierozwiązywalny problem.

Udostępnij

Każdy z nas ma kompleksy, jedni maja ich więcej inni mniej. Super jest, gdy można je w sobie przezwyciężyć, a jeszcze lepiej gdy mamy jakąś opcje zmienić w sobie tego czego nie lubimy. Proste przykłady: jesteś za gruby/a? Idź na dietę, odżywiaj się zdrowiej; nie podoba Ci się twoje włosy? zacznij odżywać odżywek, masek i olejków. Problem zaczyna się wtedy, gdy ze swoim kompleksem nie możemy zrobić nic.

No i tak jest właśnie ze mną. Moim problem jest niski wzrost, mierze ledwo 152 cm i czasami myślę, że gdybym założyła czapkę z bąblem byłabym świetnym krasnalem idealnym do postawienia w ogródku. Na wszelkie sposoby próbuje w sobie obudzić poczucie, że faktycznie „małe jest piękne” ale albo to ja jestem jakaś nie ogarnięta i nie potrafię, albo ten problem jest tak głęboko zakorzeniony w moim mózgu, że już nic nie da się z tym zrobić.

Chciałam kiedyś prowadzić błoga o modzie, ale później zeszłam na ziemie i powiedziałam: waaait… „już zapomniałaś, że masz problem z zakupem ubrań na swój wzrost i noszeniu ich bez poprawek?” I w ten prosty sposób przestałam mieć takie pragnienie. Żeby kupić spodnie, powinnam wybrać się na dział dziecięcy (śmiechem, żartem ale miałam z dziecięcego h&m dwie pary spodni) bo nikt w naszym społeczeństwie nie przewidział, że po świecie chodzą też kobiety o krótkich nóżkach.  Zawsze pozostaje mi skrócić je u krawcowej (tak, jeszcze taka instytucja istnieje) ale wtedy tracą one fason i nie jest już tak fajnie, jak być powinno. Nie będę szafarką, bo ubrania zwyczajnie źle się na mnie prezentują, co nie zmienia faktu, że nie jestem „into fashion” i chciałabym bez problemu wejść do sklepu i kupić po prostu to co mi sie podoba.

Jest więcej takich spraw, na które mój wzrost mi nie pozwala, nie sięgam w większość miejsc, często jest obiektem drwin z tego powodu… staram się oczywiście to ignorować, ale niejednokrotnie załamywałam się po takich docinkach. Zawsze też, boje się spotykać z ludźmi poznanymi przez internet, boje się ich reakcji na to jaka jestem. (Tak czy siak, każde taki spotkanie zaczyna sie standardowo tekstem: woo, ty serio jesteś malutka!)  Wydaje się, ze to są błahe problemy i to, że nie sięgam po ulubiony jogurt w sklepie, bo stoi na najwęższej półce nie jest końcem świata, ale najbardziej irytujące w tym wszystkim jest to, ze nic nie można z tym zrobić.
A już najbardziej denerwuje mnie argument: o, jesteś taka niska możesz nosić buty na najwyższym obcasie  będziesz dobrze wyglądać.
No rzeczywiście, już widzę siebie jak zamieniam trampki na 12 cm szpile.  Zastanawiam się właśnie dlatego, czy wśród tych którzy czytają teraz ten tekst, jest ktoś borykający się z „problem niższości” i jego konsekwencjami, a może też posiadacie w sobie jakąś cechę której za nic nie możecie w sobie zmienić, a blokuje wam ona w czymś drogę?

Akceptacja siebie samej jest problemem z którym stykam się codziennie i wiele jeszcze przede mną żeby coś się w tej sprawię zmieniło. Nie pisze tego wszystkiego dla poklasku i uzyskania jakiegoś pocieszenia z waszej strony: że przecież heeej, nie jest tak źle! Po prostu większość artykułów na ten temat, które przeczytałam są to w większości super pozytywne pogadanki, narzucające nam że mamy akceptować swoje wady mimo wszystko, mówią: to TY jesteś tu najpiękniejsza, to TY pokażesz im, gdzie ich miejsce. Naah, od jednego tesktu świat nie odmieni Ci się o 180 stopni. Pewność siebie i samoakceptacja jest tematem bardzo trudnym a sam proces tego trwa latami, a czasem w ogóle nie ma swojego finału. O tym chciałabym z wami pogadać, może nie uda mi się wam pomóc ale zawsze możecie się wygadać, zresztą… wiecie gdzie mnie szukać.

 

ps.  blog jest teraz przekierowany na gasky.pl, jestem chyba jeszcze zbyt huh… „niepoważną” osobą, żeby prowadzić go pod imieniem i nazwiskiem, to do mnie nie pasuje. Teraz jest mi tu znacznie… wygodniej. 

Udostępnij

Skomentuj wpis